Ameryka Północna,  Podróże

10 rzeczy, które mogą zaskoczyć w USA

USA to trochę inny świat. Do tej pory oglądałam go jedynie w filmach, dzisiaj odnoszę wrażenie, że w wakacje 2018 roku śniłam na jawie. Spełniłam jedno z największych marzeń ciężką pracą, uporem i chodzeniem pod prąd. Stany zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Odkryły przede mną swoje tajemnice, pokazały inny styl życia i odmienne podejście do świata. Przez trzy miesiące spoglądałam na otoczenie oczami Amerykanów i odkryłam kilka niespodziewanych aspektów. Zobacz 10 rzeczy, które mnie bardzo zaskoczyły w tym kraju.

Amerykanie to bardzo wygodny naród

Nas, Polaków, nie dziwi podjeżdżanie do McDonalda autem i korzystanie z opcji Drive Thru. W Krakowie jedna z sieci piekarni wyszła naprzeciw oczekiwaniom klienta i również oferuje kupno wyrobów bez wychodzenia z samochodu. To coś normalnego, ograniczającego się jedynie do dwóch, może trzech miejsc. Ale prawdziwy szok przeżyłam w Stanach, gdy pojechałam z koleżanką Amerykanką do banku i nawet nie musiałam wysiadać z auta, by skorzystać z bankomatu. Tak!  Dobrze czytacie, banki mają tam opcję Drive thru. Ale nie tylko one – niemal żadna sieć fast food w tym kraju nie obejdzie się bez tego. Niekiedy jest to wręcz tradycja, jak w sieci Sonic Drive-In, gdzie częścią doświadczenia jest właśnie podjechanie na specjalnie skonstruowany parking z wydzielonymi miejscami, przy których jest panel do zamawiania jedzenia. Wystarczy wybrać to, co chcemy zamówić, połączyć się z pracownikiem przez intercom, a później czekać na dostawę do auta. Mało tego! Tam wręcz nie można zamówić jedzenia bezpośrednio. Nawet dla osób, które przyszły pieszo, jest wydzielone specjalne miejsce do zamawiania – także za pośrednictwem intercomu. Jeszcze do niedawna pracownicy tej sieci dowozili klientom zamówienia na wrotkach! By jeszcze podkreślić to wygodnictwo Amerykanów – apteki także posiadają opcję Drive Thru. Gdy to ujrzałam po raz pierwszy, przestałam mieć wątpliwości co do ich podejścia do życia.

Woda jest droższa od napojów gazowanych i ma inny smak

Na samym początku pracy na campie dla dzieci nie mogłam przeżyć tego, jak dziwnie smakuje tamtejsza woda. Amerykanie są bardzo wyczuleni na punkcie czystości wody, toteż chlorują wszystko, co ma z nią styczność. W początkowej fazie chlor czuć bardzo mocno, później człowiek się przyzwyczaja. Nie jest to szkodliwe, bo preparaty, których używają do czyszczenia rur mają specjalne atesty, jednak niesmak pozostaje na długo. Ma to swoje plusy – wodę można pić prosto z kranu bez obawy o własne zdrowie. Jednak gdy jesteś w trasie i dostęp do darmowej wody jest utrudniony, zaczyna się chłodna kalkulacja i przeliczanie kosztów. Najtańsza woda w sklepie to koszt 2$, z już wliczonym podatkiem. Najtańszy napój gazowany, który teoretycznie jest wodą, ale smakową, toteż naszpikowaną cukrem i sztucznymi aromatami, kosztuje 1$ po doliczeniu podatku. Jasne, da się to obejść, jechać do Walmarta i kupić zgrzewkę 40 małych butelek zwykłej wody za 4$, niestety nie wszędzie na trasie podróży jest Walmart i nie zawsze człowiek to przewidzi. Warto więc kupić w sklepie lub przywieźć ze sobą bidony, co bardzo oszczędza pieniądze. Takie przygotowanie przydało mi się zwłaszcza podczas dłuższych wycieczek przez pustynię i w Nowym Jorku, gdzie z kolei krany z wodą są przy każdym kawałku zieleni.  

W stanach nie da się oszczędzić tyle, ile byś chciał

Lecąc do Stanów miałam bardzo ambitny plan, by oszczędzać to tu, to tam i wyjść na całym podróżowaniu na plus dzięki temu, co zarobiłam na campie. Efektem moich planów było to, że oszczędzając na jednej rzeczy, wydawałam zaoszczędzone pieniądze na drugą. Innymi słowy – nie da się. W USA ceny są porównywalne do naszych, mimo że obowiązuje tam inna waluta. Przykładowo paliwo jest naprawdę tanie (w wakacje 2018 roku było to 2,40$ za galon benzyny, czyli prawie 4l), a jadąc w kilka osób, płacisz finalnie kilka dolarów za zatankowanie całego baku wielkiego vana. Bo co to za pieniądze, gdy za pełen bak płacisz 30-40$, dzieląc to na pięć osób? Ale równolegle trzeba zapłacić za nocleg i wyżywienie, więc finalnie wychodzisz na zero, jak nie na minus. Ceny za noclegi w miastach w czasie wakacji są dość wysokie, więc trzeba kombinować i oszukiwać, by zapłacić jak najmniej. Nawet to czasem nie wychodzi i nie ma innego wyjścia niż zapłacić 90$ za jedną noc, a to bardzo boli – uwierzcie mi. Mając ogrom doświadczenia, kolejny wylot do USA zaplanuję o wiele lepiej i bardziej realnie w oparciu o pieniądze, które będę mieć na ten wyjazd przeznaczone. Istnieje więc cień szansy, że następnym razem wrócę już z workiem pamiątek dla najbliższych i super gadżetów, niczym ciocia z Ameryki. I, no właśnie – czy w obliczu sklepów Disneya na każdym kroku i pięknych, klimatycznych księgarni istnieje w ogóle coś takiego, jak oszczędzanie w USA?

Hostel, motel i hotel – czyli królewskie nocowanie

W USA jest zupełnie inny standard noclegów niż w Polsce. Mam obawy przed wykupieniem łóżka w hostelu czy wzięciu motelu na jedną noc na terenie naszego kraju. I takie podejście zabrałam ze sobą do Stanów, gdy wraz z towarzyszkami podróży szukałyśmy miejsca do spania. Jakież było moje zdziwienie, gdy hostel w Miami przy oceanie okazał się naprawdę niegłupim rozwiązaniem, w dodatku całkowicie bezpiecznym. A motel na obrzeżach małego miasteczka gdzieś pomiędzy Los Angeles  a San Francisco? Na poziomie trzygwiazdkowego hotelu w Polsce! Tak, dobrze czytasz – taki poziom trzymają hostele i motele w Stanach. Podczas podróżowania przez trzy tygodnie po całym kraju wzdłuż i wszerz, przerobiłam każdą z tych opcji i nie mogłam wyjść z podziwu, jak dobra jest ta oferta noclegowa. Człowiek myśli, że dostanie rozlatujące się łóżko, podziurawione firany i zapuszczoną łazienkę, a wchodzi do pięknie wystrojonego pokoju z wielkimi, królewskimi łóżkami, mogącymi pomieścić  3 osoby na każdym, zaś łazienki nie odstają jakością wykończenia. Do tego w większości przypadków znajdziesz ekspres do kawy w pokoju lub śniadanie wliczone w cenę. A to wszystko już na poziomie motelu przy drodze pośrodku niczego.

Brak uśmiechu to problem w najbardziej otwartym narodzie świata

Nie ukrywam, że mało się uśmiecham – tak po prostu już mam. Po części wynika to z polskości, po części ze sposobu bycia. Nie, nie oznacza to, że jestem gburem – bardziej osobą, która uśmiecha się i śmieje tylko w otoczeniu ludzi, których już trochę zna. Gdy się nie uśmiecham, na moją twarz wkracza typowe resting bitch face – wyglądam tak, jakbym miała kogoś zamordować. Moja twarz prezentuje się tak zawsze niezależnie od samopoczucia danego dnia. Mogę mieć naprawdę super humor, ale gdy się nie odzywam, wyglądam jak planujący masowy mord człowiek. I to stanowiło problemem dla Amerykanów, bo codziennie pytali mnie, czemu jestem taka zła czy smutna. Najczęściej to pytanie padało z ust dzieci, którymi się opiekowałam, ale nastręczało mi to takiej trudności, że następne dziesięć minut poświęcałam na tłumaczenie zawiłego schorzenia Polaków związanego z uśmiechaniem się do obcych i podejściem do życia. Amerykanie są bowiem niezwykle uśmiechniętym i otwartym narodem, co jest bardzo fajne, choć trzeba się do tego przyzwyczaić. Każdy na pewno wie, że sławetne “Hi, how are you” padające z ust każdego to norma, a zagadywanie obcych na plaży czy ulicy jest ich codziennością.  Ludzie rozmawiają, stojąc w kolejce w sklepie, na ulicy, czekając na zielone światło, czy na parkingu, pakując zakupy do auta. Nie wiąże się z tym nic szczególnego, możesz tej osoby już nigdy więcej nie zobaczyć, ale swoje musisz odpowiedzieć. Nie mają też zahamowań przed podchodzeniem do ciebie i pytaniem, gdzie kupiłeś daną rzecz, bo jest taka super i bardzo im się podoba. Miałam tak w przypadku zarówno nieśmiertelnego granatowego plecaka w konie, jak i szarych spodni dresowych z Decathlonu. Zupełnie nie zrażał ich fakt, że moje rzeczy pochodzą z Polski, kontynuowali rozmowę i zachwyty nad czymś, nad czym ja się zupełnie nie zastanawiałam.

Chcesz się napić alkoholu? Pokaż dowód, dziadku!

USA to kraj pełen sprzeczności, które wychodzą na wierzch między innymi przy okazji zakupu alkoholu. Prowadzić auto w Stanach możesz już od 15-16 roku życia, palić papierosy od 18 roku życia, a także kupić broń, w niektórych stanach możesz nawet iść do sklepu i kupić marihuanę. Ale napić się piwa? 21 lat! I koniecznie dowód lub paszport przy sobie, bo biada temu, kto zapomni! O dowód pytają praktycznie zawsze – ja nie miałam momentu, w którym by mnie nie zapytali. W Polsce? Nie pytają, najwidoczniej już nie wyglądam tak młodo… W USA zapytają nawet osobę po pięćdziesiątce. A jaki jest jeszcze większy paradoks? Gdy jesteś w grupie i masz przy sobie alkohol, wylegitymują wszystkich. Jeżeli ktoś nie ma paszportu lub dowodu – nie ma alkoholu. W ten sposób zablokowałam kolejkę w Walmarcie w San Diego, bo kasjerka zorientowała się, że koleżanka stojąca za mną z butelkami piwa mnie zna, toteż wylegitymowała i mnie. A ja dokumenty zostawiłam w samochodzie, bo i po co je nosić ciągle ze sobą? Musiałam iść do auta, wziąć dokumenty i wrócić, pokazując, że tak, jestem na tyle dorosłą osobą, by móc legalnie i bez przeszkód pić na terenie Stanów Zjednoczonych. Mimo że alkohol nie był na mój rachunek i słowem się nie odezwałam do koleżanki w trakcie stania w kolejce. Paranoja, prawda? Pominę już fakt, że ¾ młodzieży amerykańskiej posiada tzw. fake ID, czyli podrobione dowody osobiste, na które kupują alkohol.

Napiwki, podatki, wydatki – czyli jak szybko znikają dolary z konta

W Stanach nie ma szans, by nie zostawić kilku dolców napiwku. Z początku byłam mocno zaskoczona, bo przecież miałam wszystko wyliczone co do dolara, a tutaj cena rachunku w restauracji o wiele wyższa. Wiele knajp w Ameryce z góry dolicza napiwek, część dodaje informację przy wystawianiu rachunku. Ale zapłacić musisz, bo wypada, bo to standard. Amerykanów uczą tego od najmłodszych lat; w Polsce nie jest to już tak oczywiste. To pewien rodzaj presji, jaką restauracje potrafią wywołać na kliencie, zwłaszcza na turystach, gdy dostajesz całą instrukcję, ile wypada zostawić napiwku, zaczynając od 2 lub 5 dolarów. A gdy już o podatkach mowa – kompletnie nie mogłam się przyzwyczaić do faktu, że chodząc po sklepie czy zamawiając burgera w restauracji, nie zapłacę tyle, ile zapisano w menu. W zależności od stanu, w jakim się znajdujesz, wysokość podatku jest inna (na przykład na Florydzie jest to 6%). Jasne, kupując cheesburgera w McDonaldzie te 6% przy 2 dolarach będzie sięgało kilku centów, ale jak zwykłam mówić – grosz do grosza i przy trzymiesięcznym pobycie tworzy się z tego niezła sumka (poza tym, ile można jeść cheesburgery? 😉 ). Amerykanie jadają na mieście kilka razy w tygodniu – u nich gotowanie w domu nie jest taką codziennością jak u nas. Wolą iść na gotowe niż namęczyć się samemu. A ty, będąc w towarzystwie, też po jakimś czasie przesiąkasz takim podejściem do życia. Tak samo kwestia podatków wygląda w każdym sklepie, nie tylko spożywczym, a nawet odzieżowym! Wyobraźcie sobie, że idziecie na shopping, a na koniec okazuje się, że płacicie 10$ więcej niż by wynikało z metek – irytujące, prawda?

Wielkość kraju widoczna w motoryzacji

Nigdy nie zapomnę, jak moja rodzina zachwycała się zwykłym zdjęciem z samolotu pokazującym ilość pasów na autostradzie w Los Angeles. Dla nich to nie do pomyślenia, by droga liczyła sześć czy osiem pasów, ja zaś takimi drogami jeździłam i musiałam się zmierzyć jako kierowca z trudnością poruszania się po takich autostradach. Nie mogłam się także przyzwyczaić do tego, jak inne są tam samochody. Spędziłam trzy miesiące w Stanach, przemierzyłam wiele mil prowadząc auto, a nadal patrzyłam urzeczona na te wielkie ciężarówki, potężne pickupy czy ukochane muscle cary, czyli sportowe amerykańskie auta typu Mustang czy Camaro. W Polsce takich nie uświadczysz zbyt często, tam są na każdym kroku. Duże są także miejsca parkingowe – o wiele większe niż człowiek się przyzwyczaił, jeżdżąc po Europie. To efekt posiadania ogromnych pickupów, które zajmują więcej przestrzeni niż auta osobowe, choć nie powiem – to także pomaga w parkowaniu. Gdy miejsce parkingowe jest małe – czyli w europejskich standardach normalne – jest specjalnie podpisane small space. To było dla mnie tak abstrakcyjne, że stałam na parkingu przy knajpie i wpatrywałam się w ten napis na asfalcie dobre dwie minuty. Nie jest to coś, do czego się szybko przyzwyczaisz, ale na pewno robi wrażenie, zwłaszcza gdy z głośnym rykiem silnika mija cię wielki pickup Forda.

Darmowa dolewka codziennością Ameryki

W Polsce jedynie KFC słynie ze swojej oferty ‘wielkiej dolewki’. W amerykańskich restauracjach taka opcja to standard – płacisz maksymalnie 1,5$ za napój i pijesz, ile chcesz. Warto tu  zaznaczyć, że ich mały rozmiar napoju to polski największy. Zawsze podawany z dużą ilością lodu, zwłaszcza w wakacje. Woda z lodem, cola z lodem, wszystko z lodem! Możesz zamówić nawet kubek samego lodu do pochrupania w gorący dzień – za darmo, tak samo jak woda. Obsługa nawet na ciebie krzywo nie spojrzy, jeśli podjedziesz do drive thru tylko po to, by zamówić olbrzymi styropianowy kubek wody lub samego lodu. Gdy chcesz bez lodu, kelnerzy patrzą na ciebie jak na kosmitę i upewniają się, że dobrze usłyszeli. A dolewka jest wszędzie – w restauracji, w knajpach fast food, na stacji benzynowej. To obowiązuje także kawę w niektórych lokalach gastronomicznych na terenie Stanów. Nie jest to powszechne na taką skalę jak typowe napoje gazowane czy woda, ale spokojnie wypijesz nielimitowaną ilość kawy w typowych amerykańskich dinersach na terenie całych Stanów. Trzeba tylko dobrze poszukać!

Jedzenie w USA jest inne

Amerykanie są niezwykle dziwni w kwestii jedzenia. Bo kto normalny słyszał o jajkach… z kartonu? Tak, takie coś istnieje i jest niezwykle często wykorzystywane do karmienia dzieci na campach, gdy trzeba zrobić tonę jajecznicy, a jajka drogie. Podejrzewam, że więcej w tym chemii i sztuczności niż faktycznych jaj, ale czego się więcej spodziewać, skoro możesz też kupić ziemniaki w proszku. Jakież to jest obrzydliwe! Spróbowałam raz i przez 3 miesiące nie jadłam ziemniaków w innej formie niż pieczone lub w postaci frytek. A i w Polsce bałam się tknąć ziemniaczków mamy, mając w pamięci ten okropny smak amerykańskiego ziemniaka z proszku na zimno. To wręcz zakrawa o traumę, ale uwierzcie mi – nie warto nawet patrzeć w stronę tych dziwnych wynalazków, bo człowiek nieprzyzwyczajony na pewno dorobi się choroby żołądka.

Na obrzeżach Las Vegas możesz zjeść polskie śniadanie.

Stany Zjednoczone Ameryki Północnej to kraj, którego każdy powinien doświadczyć. Te wszystkie rzeczy mogą nas zaskoczyć i wydawać się abstrakcją. Być może twoje doświadczenie jest większe niż moje i byłeś w Stanach więcej razy niż ja, lecz to wszystko, co tutaj przedstawiłam jest rzeczywistością, z którą turyści muszą się pogodzić, zaakceptować i… dostosować się.