Ameryka Północna,  Floryda,  Podróże

Floryda – amerykańskie tropiki

Nigdy nie myślałam o Florydzie jako o stanie, który chciałabym koniecznie odwiedzić. Może jedynie Miami, ale poza tym nie czułam większej potrzeby wyprawy akurat w tamte rejony. Gdy dowiedziałam się, że w ramach wymiany kulturowej będę pracować w północnej części Florydy, lekko mnie zmroziło, mimo że czułam ogromne podekscytowanie związane z samym wyjazdem. Przecież tam jest gorąco, ciągle są huragany, w dodatku aligatory na każdym kroku! Szybko przekonałam się, że moje czarne myśli nijak mają się do rzeczywistości, która okazała się wręcz wspaniała!

Tropikalna pogoda w praktyce

Od marca do października na Florydzie trwa sezon huraganów. Z pewnością każdy wyobraża sobie w tym momencie porywisty wiatr, gwałtowne, niebezpieczne burze i zalewające miasto fale z oceanu. Jak to wygląda w praktyce?

Temperatura utrzymuje się na poziomie 34-37 stopni Celsjusza przy praktycznie bezchmurnym niebie. Przebywanie na słońcu bez żadnego filtra jest bardzo złym pomysłem, dlatego zdecydowanie odradzam takie eksperymentowanie. Do tego wilgotność powietrza wynosi tutaj minimum 50-55%, a niekiedy sięga nawet 90%. To ciężkie warunki do pracy, które przekonały mnie do picia ogromnych ilości wody. Przy takiej pogodzie szybko okazało się, że odwodnienie może powodować nawet gorsze bóle głowy niż nie noszenie czapki. Pierwsze dwa tygodnie mój organizm przyzwyczajał się do tropików i musiałam się mocno pilnować, by mieć wodę zawsze pod ręką s. Zapamiętaj: noszenie czapki i bidon na wodę to w tropikalnym klimacie absolutna podstawa.

Kolejna sprawa to burze huraganowe. Nazwa dosyć straszna, jednak w rzeczywistości człowiek oczekuje ich jak zbawienia. Przychodzą znienacka, przynosząc ze sobą dwudziestominutową ścianę wody (bo ciężko nazwać to inaczej), po czym odchodzą i rozpływają się bez śladu. Mówiąc ‘bez śladu’ mam na myśli, że naprawdę nie widać ich skutków, krajobraz wygląda po chwili tak, jakby bez przerwy świeciło słońce i było upalnie.

Klimatyzacja tutaj jest wszędzie, a do tego wiatraki (w stajniach ma je każdy koń w swoim boksie!) i systemy zraszające, co by od czasu do czasu móc się schłodzić  przyjemną mgiełką. Ma to jednak też swoje minusy – ciągłe wychodzenie na upalne podwórko, a potem wchodzenie do wychłodzonych, klimatyzowanych pomieszczeń prędzej czy później może skończyć się przeziębieniem.

(Nie) rajskie plaże

Floryda to stan, w którym zdecydowanie nie brakuje plaż. W samym Jacksonville, gdzie spędziłam dwa miesiące, były do wyboru dwie, nie wspominając o innych w okolicznych miejscowościach. I każda z nich była zupełnie inna! Tutaj nie ma palm tuż przy samym brzegu, można za to trafić na molo i wyznaczone miejsce do gry w siatkówkę plażową. Na większych plażach znajdziesz słynne budki ratownicze, na mniejszych niekoniecznie, ale za to na pewno drewniane, podwyższone stanowiska dla ratowników z parasolami zamiast dachu. Lody na patyku czy zimne napoje można zakupić w kolorowych foodtruckach, gawędząc z wesołym sprzedawcą. Brzmi jak raj? Dla mnie niekoniecznie.

Niektóre plaże są bardzo specyficzne – jak ta, gdzie można wjechać autem praktycznie do oceanu. Nie każdemu mogłoby się to podobać, dla mnie była to najbardziej amerykańska rzecz, jaką widziałam. Niestety w promieniu wielu kilometrów nie można było znaleźć ani grama cienia, więc nie znalazła się na liście moich ulubionych miejsc na odpoczynek.

Jest to też miejsce, w którym pozbędziesz się jakichkolwiek kompleksów. Bo Amerykanie nie mają żadnych i nie wstydzą się tego, jak wyglądają. Więc jeśli myślisz, że ta delikatna fałdka na brzuchu to zgroza i zło – mylisz się. Oni nie zwrócą na to kompletnie uwagi, a nawet więcej – pochwalą twoją figurę i super strój kąpielowy.

Amerykańskie plaże ponadto są na tyle szerokie i długie, że wystarczy odejść kilka kroków od głównego wejścia, by znaleźć się z daleka od ludzi. To także miejsce, w którym znajdziesz przepiękne muszelki. Na pierwszej plaży, którą odwiedziłam w wolny od pracy weekend, spędziłam czas na zbieraniu różnego rodzaju skarbów oceanu dla mojej mamy.

Naturalne źródła rozrywką Florydy

Amerykańskie springs, czyli naturalne źródła, są furorą na Florydzie w okresie letnim. Nigdy wcześniej nie słyszałam o nich w kontekście Stanów, a na miejscu okazało się, że to popularny kierunek weekendowych, rodzinnych wycieczek. Szybko przekonałam się, dlaczego baseny cieszą się tak dużą popularnością, gdy odwiedziłam jeden z nich w Orlando – Wekiwa Springs. Różnica temperatur jest tak duża, że ciało przeżywa niemalże szok termiczny, ale gdy już się przyzwyczaisz, masz ochotę zostać tam na resztę dnia.

Temperatura otoczenia, jak wspomniałam, dobija do niemal 40 stopni Celsjusza. Wody źródła mają około 20 stopni. Gdy wchodzisz do basenu prosto z gorącego powietrza, odczuwalna temperatura wody jest znacząco niższa. Do tego basen jest tak skonstruowany, że praktycznie wszędzie ma ten sam poziom – około 150cm. Jako osoba, która nie umie pływać i ma tylko nieco ponad 160cm, początkowo wpadałam w panikę i bałam się ruszyć z miejsca, ale z czasem przyzwyczaiłam się do tej głębokości i moi amerykańscy i angielscy znajomi nawet próbowali mnie uczyć pływać.

Do tego na terenie parku wokół źródła z reguły są też organizowane inne atrakcje, jeśli pływanie w “lodowatej” wodzie komuś się już znudzi. W Wekiwa Springs możesz przejść się ścieżką edukacyjną, podziwiając lokalną faunę i florę, wynająć kajak i popływać po bardziej zarośniętej części źródła, gdzie mieszkają także aligatory. Taka opcja wydała nam się wspaniałą i kuszącą propozycją ze względu na nieskazitelnie czystą wodę, jednak opłaty były na tyle duże, że ostatecznie zrezygnowaliśmy. Oprócz tego można zrobić sobie grilla, pójść na dłuższy spacer w sprzyjających okolicznościach przyrody, czy pograć na wyznaczonym terenie w różne gry.

Co ważne, wjazd do takich parków jest płatny, ale nie kosztuje to dużo, bo kilka dolarów za auto, jednak warto sprawdzić przed wyjazdem konkretny park ze źródłem i jego ceny, a nawet zarezerwować miejsce, bo parki mają ograniczoną liczbę wpuszczanych osób. Jeżeli pewna liczba zostanie przekroczona, pracownicy zamykają szlaban wjazdowy i dalej będą już wpuszczać tylko wtedy, gdy ktoś z gości opuści teren parku.

Co z tymi aligatorami?

Cóż – są i faktycznie zamieszkują bagna, które są wizytówką Florydy. Nie ma ich aż tak dużo, jak mogłoby się wydawać i nie wylegują się na brzegach, strasząc mieszkańców. Potrafią jednak od czasu do czasu postraszyć. Na campie, gdzie pracowałam, zadomowił się młodziutki aligator w zalewie przeznaczonym dla dzieciaków do pływania. Dyrektorka ze stoickim spokojem po prostu oznajmiła nam, że chwilowo jezioro będzie nieczynne. Następnie zadzwoniła po łowcę krokodyli (!) i na miejsce przyjechał miły, starszy facet, który przez dwa wieczory próbował złapać delikwenta. Wieczór jest najlepszym czasem na łapanie aligatorów, bo wtedy stają się aktywniejsze i nie chowają się przy dnie. Dzięki temu łatwiej je znaleźć

Posada łowcy krokodyli to na Florydzie nawet dobry biznes. Same aligatory nie są groźne dla ludzi. Jeżeli mieszkają na bagnach w pobliżu domostw, to największą strata, jaką człowiek może odczuć, to porywanie nierozważnych, małych piesków.

Tropiki nie są dla każdego, zwłaszcza w amerykańskim wydaniu. To ciężki klimat dla człowieka zupełnie nie przyzwyczajonego do wysokich temperatur i rekordowych wilgotności. Ma to jednak też swój urok, który mnie osobiście kupił. To niezwykle gęsto zarośnięty roślinnością stan, który warto odwiedzić. Przekonaj się, jak żyją ludzie, którzy nigdy nie widzieli na oczy śniegu.